Kampus Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley, na którym od października 2021 r. przebywam jako stypendysta Komisji Fulbrighta, urzeka pięknem położenia. Na wschód pnie się ku wierzchołkom Gór Nadbrzeżnych, na zachód zwraca w kierunku zatoki San Francisco i majaczącej na jej drugim brzegu metropolii. Teraz, w zimie, słońce chowa się gdzieś na południu, za dachami – logicznie – South Hall, ale jesienią i wiosną zachodzi dokładnie za odległym o blisko 20 kilometrów, i doskonale widocznym z tarasu pod uniwersytecką dzwonnicą mostem Golden Gate, spowijając ocean, leżące nad nim miasta i kampus, miękkim, złotym światłem. Lubię myśleć, że stąd wzięła się nazwa cieśniny a potem mostu, choć prawda jest bardziej prozaiczna – chodziło o kruszec, odkryty w 1848 r. w górach Kalifornii.
Jeśli brzmi to trochę bajkowo, to dokładnie o to chodzi. Gdybym gwarny kampus ze spływającymi ze wzgórz potokami i przerzuconymi przez nie malowniczymi mostkami, z majestatycznymi cedrami, palmami i sekwojami górującymi nad patynowo-miedzianymi dachami akademickich budynków, z najwspanialszą spośród nich biblioteką, mieszczącą na czterech podziemnych kondygnacjach ponad 80 kilometrów książkowych półek, z otwartymi całą dobę przestrzeniami pracy wspólnej i indywidualnej, kooperatywami studenckimi, miejscami parkingowymi zarezerwowanymi dla laureatów nagrody Nobla, wreszcie z kultem tężyzny fizycznej, sprawności intelektualnej i sukcesu, ucieleśnionymi we wszechobecnych wizerunkach gwiazd uniwersyteckiej reprezentacji sportowej i w setkach krążących dookoła, młodych, pięknych ludzi, miał określić jednym słowem, to brzmiałoby ono: utopia. Berkeley, a jeszcze bardziej leżący na przeciwległym krańcu rejonu zatoki Stanford, oba od lat zajmujące miejsce w pierwszej piątce najlepszych uczelni świata, dysponujące pieniędzmi przewyższającymi łącznie całość polskich wydatków na naukę i szkolnictwo wyższe, jawią mi się jako niemal nierzeczywisty wzorzec uniwersytetu, idealne miejsce do nauki, pracy, a także – choć brzmi to jak zgrany slogan realnego socjalizmu – wypoczynku.
Czesław Miłosz, którego duch jest tu autentycznie wciąż obecny, w „Widzeniach nad Zatoką San Francisco” poddawał myśl, że Amerykanie swoją cywilizację zbudowali podświadomie na wzór otaczającej ich natury – bogatej i rozłożystej, ale też niebezpiecznej, pełnej rażących przesadą kontrastów. Moim zachwytom nad uniwersytecką utopią towarzyszy świadomość, że tuż obok rozciąga się jej dystopiczna antyteza. Najbardziej rażącym przejawem kryzysu społecznego są oczywiście proszący na każdym rogu o wsparcie bezdomni, ale także studenci i mieszkańcy skarżący się na bardzo wysokie koszty życia, przede wszystkim mieszkań, oraz coraz bardziej dotkliwe skutki nasilającej się katastrofy klimatycznej.
Samolubnie – a z zawodowego punktu widzenia pożytecznie – jak najwięcej czasu staram się spędzać w świecie utopii, na kampusach. Naukowo dzielę go pomiędzy kwerendę w Instytucie Hoovera, udział w seminarium prof. Johna Connelly na Berkeley, pracę własną, no i – last but not least – sport.
Raz lub dwa razy w tygodniu jadę autem na przeciwległy koniec zatoki, do Palo Alto, jednej ze stolic Doliny Krzemowej. Trudno powiedzieć, czy to uniwersytet leży na skraju miasta, czy na odwrót – kampus Uniwersytetu Stanforda zajmuje powierzchnię blisko trzech i pół tysiąca hektarów i jest jednym z największych w USA. Przemieszczać się po nim można rowerem, autem (koszty parkingów są dla gości z zewnątrz bardzo wysokie), ja, po pozostawieniu auta na tanim parkingu przy miejskiej stacji kolejowej, korzystam z jednej z uniwersyteckich linii autobusowych, których aktualnie jest tam trzynaście! W sercu kampusu, pod będącą jego symbolem kolejną (po tej w Berkeley) wieżą, mieści się Instytut Hoovera – republikański think tank, w którego archiwach znajdują się akta amerykańskich organizacji, niosących od końca 1918 r. pomoc humanitarną (a także, jak się okazuje, wojskową), krajom Europy środkowo-wschodniej, przede wszystkim Polsce. Okazuje się, że aby stworzyć opartą na źródłach pisanych narrację polskiego kryzysu epidemicznego, wobec zniszczenia większości dokumentów wytworzonych przez instytucje krajowe, warto wybrać się do Kalifornii.
W ostatnich dwóch miesiącach zajmuję się głównie aktami Komisji Polskiej Amerykańskiego Czerwonego Krzyża z lat 1918–1922. Trzy pudełka może i wyglądają skromnie, ale w każdym znajduje się osiem rolek mikrofilmów, na każdej z nich tysiące stron sfotografowanych dokumentów. Nie będę zagłębiał się w szczegóły prowadzenia kwerendy – jest to praca żmudna i frustrująca, jedynie z rzadka satysfakcjonująca. Zaletą pracowni naukowej w Hooverze jest bardzo przyjazna kadra, skora do pomocy w omijaniu z pozoru ostrych raf obowiązujących tam przepisów, swobodna, niekiedy nawet hałaśliwa atmosfera, i wreszcie najwyższa jakość techniczna zarówno mikrofilmów, jak i sprzętu do ich przeglądania – pożądana odmiana po nieostrych zdjęciach i zdezelowanych czytnikach w archiwach polskich i litewskich. Wadą – lodowata temperatura, spowodowana przez oczyszczający powietrze agregat. Szanse na złapanie koronawirusa są w takiej atmosferze znikome, na przeziębienie – całkiem duże.
Drugim stałym punktem mojego akademickiego tygodnia było (piszę te słowa w przerwie zimowej) prowadzone przez profesora Johna Connelly’ego, połączone seminarium magisterskie i doktorskie, w ostatnim semestrze poświęcone „obietnicy i katastrofie demokracji w XX wieku”. Potężne rozmiary sylabusa (co najmniej dwie monografie tygodniowo, plus uzupełniające rozdziały z innych książek), zaskoczyły mnie w równym stopniu, co skład etniczny grupy (na jedenaście osób osiem pochodziło z krajów europejskich, Turcji i Syberii), oraz zaangażowanie uczestników. Wyrażając zgodę na mój udział w zajęciach spoza oficjalnej listy zapisów, Connelly wyraził jeden warunek – miałem się nie odzywać, bo inni już i tak mówią za dużo. Jego rola ograniczała się do przydzielania głosu i zapisywania wniosków na tablicy. I choć powściągliwe magistrantki zdawały się być niekiedy przytłoczone przez nadaktywnych doktorantów, ogólny poziom przygotowania i zaangażowania studentów niestety dalece przekraczał ten, z którym miałem do czynienia podczas studiów w Polsce, także doktoranckich.
Kolejny ważny punkt mojego życia na kampusie to biblioteki. Główna, w której nieoczekiwanie zagłębiłem się w literaturę polską – w, co raczej nie dziwi, Miłosza, ale też w Marię Dąbrowską; i wydziału nauk przyrodniczych, do której wchodząc, mijam stojący w okrągłej klatce schodowej kompletny szkielet tyranozaura, a z której wynoszę książki poświęcone grypie, tyfusowi i cholerze. Częściej bywam tylko na siłowni, która nie wyróżnia się niczym specjalnym, poza, jak to w Ameryce, rozmiarami. I choć jest zdecydowanie największa ze wszystkich, na jakich do tej pory ćwiczyłem (a było ich w mojej karierze naukowej już kilka), stanowi zaledwie niewielką część gigantycznego kompleksu sportowego, na który składają się hala widowiskowa wielkości warszawskiego Torwaru, sale do koszykówki i siatkówki, centrum sportów wodnych oraz stadiony do bejsbola i piłki nożnej. Pewnego razu, korzystając z nieuwagi ochrony, zagłębiłem się w labirynt korytarzy i przypadkiem zajrzałem do męskiej szatni Golden Bears, czyli uniwersyteckiej reprezentacji koszykarskiej. Berkeley nie słynie z dobrego programu stypendialnego w tej dyscyplinie, co nie przeszkadza trenerom i zawodnikom analizować nagranych meczów w dostępnej tylko dla nich salce kinowej na dwadzieścia tapicerowanych skórą, lotniczych foteli. O saunie, bufecie i salonie rekreacyjnym nawet nie wspominam; żywię tylko nadzieję, że drużyna kobieca korzysta z podobnych luksusów.
W ogóle, jeśli chodzi o duże pomieszczenia z widownią, to wizyta w San Francisco Opera i na Oakland Ballet – zachowawcza, za to z banalnymi elementami slapsticku inscenizacja Cosi Fan Tutte i „Dziadek do orzechów” na poziomie szkolnego przedstawienia – zapewne niesłusznie zaszczepiły mi myśl, że w tej okolicy lepiej chyba chodzić na basket i futbol, niż do teatru. A najlepiej jeździć co sobota na Pacifica Beach i próbować surfingu.
Ostatnie miesiące, podobnie jak wszystkie spędzone na wyjazdach stypendialnych nie zdają mi się przynależeć do mojego życia – są tak nierealne, jak uniwersytet Berkeley na tle amerykańskiej rzeczywistości. Mimo tego, i towarzyszących mi, jak każdemu, nawet krótkoterminowemu emigrantowi, umiarkowanej samotności i dużej tęsknoty, to bardzo wartościowy okres. Okazuje się, że na pewnym etapie życia bycie jedynym panem własnego czasu, prawo do wolnej od pośpiechu i stresu przestrzeni, w której w spokoju można zbierać materiały do swojej pracy, opracowywać te już zebrane, rozmyślać nad narracją, pisać, czytać, wreszcie wysypiać się i odpoczywać – jest utopią. Jej możliwość dają wyjazdy stypendialne takie jak ten. W przeciwieństwie do kwerend – które są przecież ich uzasadnieniem – sprawiają, że praca i życie badacza staje się jeszcze atrakcyjniejsze, nawet bardziej, niż to się wszystkim wydaje.
Łukasz Mieszkowski
Szkoła Doktorska Anthropos IPAN w Warszawie
The Institute of Slavic, East European and Eurasian Studies, UC Berkeley
PS. Za chwilę przyjeżdża do mnie na dwa miesiące moja ośmioletnia córeczka Hania. Skończy się utopia, za którą już tęsknię – i zacznie prawdziwe życie, którego też nie mogę się doczekać!
